NFL
W końcu powiedziała prawdę
To nie jest temat, który chętnie wrzuca się między zdjęcia z wakacji a relację z modnego lunchu. W świecie polskiego show-biznesu, gdzie rządzi filtr „uproszczone piękno”, Monika Miller postanowiła zagrać w inną grę. Zamiast udawać, że jej życie to pasmo niekończących się sukcesów, otwarcie wyłożyła karty na stół: szpital psychiatryczny, diagnoza, leki i walka o to, żeby rano w ogóle chciało się wstać z łóżka.
Zacznijmy od tego, że bycie „wnuczką TEGO Millera” to w Polsce obciążenie, którego mało kto zazdrości. Od lat ciągnie się za nią cień znanego dziadka, a każdy jej ruch jest oceniany przez pryzmat nazwiska. Jednak to, co Monika zrobiła ostatnio, wychodzi daleko poza ramy rodzinnych powiązań. Przyznała wprost, że trzykrotnie lądowała na oddziale psychiatrycznym na dłuższe turnusy. Nie na „odpoczynek w SPA”, nie na „detoks od mediów społecznościowych”, ale do zamkniętego ośrodka, gdzie pasy i kraty w oknach nie są tylko metaforą.
Wszystko zaczęło się, gdy miała 21 lat. To moment, w którym większość jej rówieśników zastanawia się, na jaki kierunek studiów pójść albo gdzie pojechać na Erasmusa. Monika Miller w tym czasie mierzyła się z czymś, co lekarze ostatecznie nazwali chorobą afektywną dwubiegunową (ChAD).
Tylko raz trafiłam tam z powodu kryzysu, gdy nikt nie wiedział, co ze mną zrobić — wyznała. — W Warszawie jest tragedia, ja byłam w szoku — dodała
Monika Miller fot. KAPiF
To dlatego Miller podjęła leczenie
Dla kogoś, kto nie miał z tym styczności, ChAD brzmi jak huśtawka nastrojów, ale to brutalne uproszczenie. To jazda bez trzymanki od ekstremalnej euforii, w której czujesz się bogiem, po tak głęboką depresję, że fizyczny ból staje się nie do zniesienia. Miller wspomina, że wtedy nikt nie wiedział, co z nią zrobić. Rodzina, znajomi, a nawet lekarze pierwszego kontaktu rozkładali ręce. System często zawodzi, gdy pacjent nie mieści się w prostych schematach „smutku”.
Najważniejszy wniosek z jej opowieści jest prosty: właściwa diagnoza to połowa sukcesu. Monika przyznaje, że dopiero po latach udało się jej odzyskać równowagę. To nie znaczy, że choroba zniknęła – ChAD zostaje z człowiekiem na zawsze. Ale dzięki lekom i terapii da się nad tym panować. Jej historia to sygnał dla wszystkich, którzy czują, że „coś jest nie tak”, ale boją się poprosić o pomoc, bo „co ludzie powiedzą”.
To było pomocne i potrzebne, bez tego nie wiem, co mogłabym innego wymyślić. Taki pobyt nie jest przyjemny — przyznała. — Po pobycie w zeszłym roku muszę spać z lampką nocną — dodała.
Niepokój za zachodnią granicą. Niemiecki rząd apeluje o robienie zapasów
Czytaj dalej
To może oznaczać, że wkrótce grozi Ci udar. Objaw pojawia się w nocy
Czytaj dalej
Co dalej ze zdrowiem Moniki Miller?
To, co w tej historii uderza najbardziej, to fakt, że Monika Miller sama zgłosiła się do szpitala. W polskiej rzeczywistości, gdzie pójście do „psychiatryka” wciąż kojarzy się z ostateczną klęską życiową albo filmem „Lot nad kukułczym gniazdem”, taka decyzja wymaga ogromnej odwagi. To nie był wynik interwencji policji czy przymusu bliskich. To była chłodna (choć podszyta rozpaczą) kalkulacja: „jeśli teraz tam nie pójdę, to mnie nie będzie”.
Ja zainicjowałam pobyt w szpitalu, bo miałam tak duże problemy ze sobą, że męczyłam się strasznie. Miałam 21 lat i pierwszy raz zaczęłam mieć ataki lękowe. Nie wiedziałam, co się dzieje, czemu to się dzieje, jak się tego pozbyć i czy da się tego pozbyć — opowiadała
Celebrytka bez upiększania opowiada o tym, jak wygląda rzeczywistość na oddziale. To nie są warunki hotelowe. To często trudne doświadczenie, pełne hałasu, braku prywatności i konfrontacji z ludźmi w jeszcze gorszym stanie niż twój własny. Mimo to podkreśla, że te pobyty były niezbędne. Dlaczego? Bo dopiero w izolacji, pod okiem specjalistów, udało się dobrać odpowiednie leki. W leczeniu zaburzeń psychicznych farmakologia to często metoda prób i błędów, która trwa miesiącami. W domu, przy codziennych obowiązkach i pod ostrzałem opinii publicznej, takie „testowanie” organizmu jest niemal niemożliwe.
Było mi tak wszystko jedno, że mogłam tam po prostu leżeć pod kroplówką i nawet nie wstawać do łazienki. Było mi wszystko jedno, naprawdę. Pierwszy pobyt był słaby, ale bardzo mi pomógł — podsumowała Miller
