NFL
Z perspektywy Europy brzmi to niewiarygodnie, ale wizja amerykańskiej armii jako narzędzia Boga, które pomoże doprowadzić do końca świata, zaczyna być oficjalną częścią amerykańskiej polityki obronnej. Więcej w komentarzu 👇👇👇
Amerykańska Fundacja Wolności Religijnej w Wojsku ujawniła ponad sto skarg na dowódców, którzy zagrzewali żołnierzy do wojny z Iranem wizją nadchodzącego Armageddonu i powrotu Jezusa Chrystusa. Prezydent Trump miał według nich wygrać wybory, ponieważ został namaszczony przez Jezusa, żeby doprowadzić do końca czasów i zmartwychwstania wiernych.
Komunikaty, na które skarżą się żołnierze, wpisują się w światopogląd sekretarza wojny Pete’a Hegsetha. Hegseth ma tatuaż “Deus Vult”, “Bóg tak chce”. To fraza powiązania z chrześcijańskim fundamentalizmem, nawiązująca do średniowiecznych krucjat. Jest popularna wśród skrajnej prawicy i ruchów faszystowskich. W 2020 roku w swojej książce przyszły sekretarz wojny nawoływał do świętej wojny. Tytuł książki? “Amerykańska krucjata”
Dziś Hegseth organizuje dla żołnierzy modlitwy w obrządku protestanckiego ewangelikalizmu. W lutym tego roku zaprosił do wygłoszenia kazania w Pentagonie kaznodzieję Douglasa Wilsona – człowieka, który popiera m.in. odebranie kobietom praw wyborczych.
Z perspektywy Europy brzmi to niewiarygodnie, ale wizja amerykańskiej armii jako narzędzia Boga, które pomoże doprowadzić do końca świata, zaczyna być oficjalną częścią amerykańskiej polityki obronnej.
Ważne: protestancki ewangelikalizm jest czymś innym od kościołów ewangelickich. Ten pierwszy jest określeniem-parasolem na kilka fundamentalistycznych protestanckich wyznań, które najpopularniejsze są w USA. Te drugie bezpośrednio kontynuują europejską tradycję luterańską i są znane raczej z liberalnych, humanistycznych zasad.
To niejedyne związane z religią kontrowersje w administracji Trumpa. Tydzień przed rozpoczęciem ataków na Iran, ambasador USA w Izraelu, Mike Huckabee, wywołał skandal. W wywiadzie z Tuckerem Carlsonem powiedział, że nie widzi problemu z ekspansją terytorialną Izraela od Nilu aż po Eufrat – czyli wizją Wielkiego Izraela. Oficjalny protest wystosowało wtedy kilkanaście krajów regionu – od Turcji po Pakistan.
Amerykańscy ewangelikanie wierzą w dosłowną interpretację Pisma Świętego. W Księdze Rodzaju Bóg obiecuje Abrahamowi ziemie, które obejmują dzisiejszy Egipt, Syrię, Jordanię, Liban, Turcję, Arabię Saudyjską oraz Irak. To bardzo ważne w kontekście izraelskiej ekspansji oraz wojny z Iranem – bo wizja Wielkiego Izraela jest popularna w Tel Awiwie, a agresja na sąsiadów podkreśla chęć jej realizacji.
Wierzą w nią minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben Gwir oraz minister finansów Bezalel Smotricz. Premier Benjamin Netanjahu chociaż nie poparł jej bezpośrednio, otwarcie mówi, że jest do niej “mocno przywiązany”. Podobnie wyraża się lider izraelskiej opozycji – Jair Lapid. W trakcie konferencji prasowej w lutym powiedział: “Syjonizm jest oparty na Biblii. Nasze prawo do ziemi Izraela jest biblijne (…), więc granice Izraela są granicami w Biblii”.
Buduje to bardzo głębokie relacje fundamentalistycznej prawicy w USA z Izraelem. Protestanccy ewangelikanie to prawie jedna trzecia Amerykanów, a chrześcijańscy syjoniści jak ambasador Huckabee to 30-40 milionów ludzi. Te dwie grupy są ze sobą bardzo mocno powiązane.
Chrześcijański syjonizm i fundamentalistyczne protestanckie ruchy można traktować jako jedno spójne środowisko polityczne. Ponad osiemdziesiąt procent białych ewangelikanów głosuje na Republikanów. To wyborcza baza, która dominuje w prawicowej polityce od lat siedemdziesiątych.
Poza aspektem politycznym, ewangelikański styl religijności to chyba jeden z bardziej widocznych symboli amerykańskiej kultury. Mega-kościoły wielkości stadionów. Duchowni, którzy rzekomo wypędzają z ludzi szatana na scenie albo leczą choroby, policzkując wiernych. Programy w telewizji, które przypominają telezakupy lat dziewięćdziesiątych, ale zamiast sprzętu AGD nawołują do kupienia samolotu liderowi kościoła.
Jednym z ważniejszych elementów ewangelikańskiej doktryny jest apokaliptyczna wiara w powrót Jezusa Chrystusa za naszego życia. Wierzy w to 63 proc. białych ewangelikanów. W ich wizji ma nastać okres wojny lub cierpienia, po którym dojdzie do zmartwychwstania chrześcijan i stworzenia Królestwa Bożego na Ziemi. I nie jest to niszowe przekonanie. Sięga do samego Białego Domu.
W 2003 roku przed inwazją na Irak prezydent George W. Bush chciał przekonać prezydenta Francji, Jacquesa Chiraca, do dołączenia do koalicji. Opowiadał Chiracowi, że wydarzenia na Bliskim Wschodzie przypominają mu działania Goga i Magoga. I że według niego atak na Irak może być spełnieniem biblijnej przepowiedni.
Chirac nie bardzo zrozumiał, o czym mowa. Zwrócił się do Francuskiej Federacji Protestanckiej, ale tam również spotkał się z konsternacją. Zaangażowano profesora-biblistę. Chodziło o dość krótki fragment w Księdze Ezechiela, który nie ma wielkiego znaczenia dla większości chrześcijańskich wyznań. Poza ewangelikanizmem – gdzie tematyka bitew i końca czasów zwraca ogromną uwagę wiernych.
