NFL
W nocy z 1 na 2 lutego 1959 r. miało miejsce wydarzenie, które dzisiaj jest nazywane mianem tragedii na Przełęczy Diatłowa. Od 65 lat nie poznaliśmy prawdy na temat okoliczności śmierci dziewięciu członków tej wyprawy
Przez wiele lat tragedia była przedmiotem lokalnych domysłów i plotek, ale ludzie żyli w przekonaniu, że ci turyści po prostu zamarzli. Nie mieli pojęcia o ich wielokrotnych złamaniach żeber, o obrażeniach głowy, o krwotokach wewnętrznych. O tych wszystkich dziwnych okolicznościach, które później spowodowały, że tą sprawą wszyscy zaczęli się interesować. Niektórzy mówią, że to największa tajemnica XX w. — mówi w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet Krzysztof Domaradzki. Autor książki “Przełęcz” opowiada nam o tragedii, która od 67 lat rozpala zainteresowanie ludzi z całego świata.
W nocy z 1 na 2 lutego 1959 r. miało miejsce wydarzenie, które dzisiaj jest nazywane mianem tragedii na Przełęczy Diatłowa. Od 67 lat nie poznaliśmy prawdy na temat okoliczności śmierci dziewięciu członków tej wyprawy w góry Uralu
Grupa studentów i absolwentów Uralskiego Instytutu Politechnicznego w Swierdłowsku (obecnie Jekaterynburg, Rosja) pod przewodnictwem Siemiona Zołotariowa miała zdobyć szczyty Otorten i Ojka-Czakur. Ich podróż zakończyła się na zboczu góry Chołatczachl. Przeżył tylko Jurij Judin, który z powodu choroby zawrócił cztery dni wcześniej
Przez lata nie poznano dokładnych okoliczności śmierci pozostałych członków wyprawy. Zagadkowe było to, że w środku nocy rozcięli namiot od środka i skąpo ubrani rozbiegli się w trzy różne strony świata. Część zwłok odnaleziono w opłakanym stanie — zostały wyrwane języki i wydłubane oczy
Pytań na temat tej tragedii jest znacznie więcej. Nad jej okolicznościami do tej pory głowi się wielu miłośników teorii spiskowych z różnych stron świata. Z zawiłościami tej zagadki zmierzył się także Krzysztof Domaradzki. Historia tak go pochłonęła, że zdecydował się napisać na jej podstawie swoją powieść
Minęło 67 lat, a co rusz pojawiają się osoby, które próbują się wgryźć w tę zagadkę. Ja zrobiłem to wyłącznie z czystej ciekawości i na potrzeby literackie. Po prostu szukałem jakiegoś wytłumaczenia, które by mnie przekonywało, które by się broniło i które byłoby logiczne — mówi w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet autor “Przełęczy”
Domaradzki przedstawił w niej swoje rozwiązanie tragedii na Przełęczy Diatłowa. — Jest to pewnego rodzaju symbioza kilku znanych teorii, które po połączeniu dają pewną logiczną całość. Zaproponowałem coś, o czym do tej pory nie mówiono. I że to coś pociągnęło za sobą pewne konsekwencje — zdradza pisarz i dziennikarz.
W swojej książce przedstawiłeś własną wersję wydarzeń na Przełęczy Diatłowa. Zanim o niej porozmawiamy, powiedz, która teoria spiskowa dotycząca tej historii jest twoją ulubioną.
Żadna z tych, które funkcjonują w przestrzeni publicznej, mnie nie przekonała. Gdyby było inaczej, pewnie bym uznał, że tematu nie ma i że nie warto rozbierać tego literacko na czynniki pierwsze. Są jednak takie, które podobają mi się bardziej, a im bardziej absurdalne, tym ciekawsze.
Bomba termobaryczna, ścieżki wirowe von Karmana czy tajemnicze plemię zamieszkujące tę część Uralu — teorii było mnóstwo. Z każdą z nich musiałem się zapoznać, żeby spróbować zbliżyć się do prawdy. Pod uwagę nie brałem jedynie tych najbardziej absurdalnych jak UFO czy menk — rosyjski yeti.
Nie mam pojęcia. Cały czas jesteśmy w obszarze zgadywanek. Problem z wyjaśnieniem tej tragedii jest taki, że w zasadzie nie wiemy, czy informacje, które do nas dotarły, są prawdziwe. Bo to był 1959 rok. Bo to był Związek Radziecki. Bo z jakiegoś powodu przez ponad 30 lat zatajano informacje na temat tej tragedii.
Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że wydarzyło się tam coś zupełnie innego, niż nam się wydaje, że wiemy. Że wszystkie powszechnie dostępne informacje na temat przełęczy zostały jakoś sfabrykowane. To jest zasadniczy problem: możemy jedynie zgadywać, co tam się stało. I dlatego ta tajemnica pewnie nigdy nie zostanie wyjaśniona.
Mija 67 lat, a co rusz pojawiają się osoby, które próbują się wgryźć w tę zagadkę. Ja zrobiłem to wyłącznie z czystej ciekawości i na potrzeby literackie. Po prostu szukałem jakiegoś wytłumaczenia, które by mnie przekonywało, które by się broniło i które byłoby logiczne.
Wytłumaczenie lakoniczne, a zarazem absurdalne, które tak naprawdę nic nie wyjaśnia. W dodatku śledztwo zostało bardzo szybko zamknięte. Kuriozum. Ginie dziewięć osób, kilka ciał jest zmasakrowanych, na niektórych ubraniach są ślady substancji radioaktywnych, mamy mnóstwo pytań bez odpowiedzi, a śledczy i tak zamykają sprawę.
Według mnie to w największym stopniu wskazuje na to, że coś podejrzanego tam się musiało jednak wydarzyć. Albo z udziałem kogoś ważnego.
Akta sprawy zostały utajnione do początku lat 90. Trudno wyzbyć się wrażenia, że komuś po prostu zależało na tym, żeby tej sprawie ukręcić łeb.
No właśnie, tylko tu powstaje kolejne pytanie: czy komuś rzeczywiście bardzo na tym zależało, bo na przykład jakiś wysoko postawiony człowiek w radzieckich władzach był jakkolwiek związany z tą sprawą, czy może zatajono tę historię, bo taka była natura Związku Radzieckiego
