NFL
Ujawnia też, że jej mąż nigdy nie chował głowy w piasek. Więcej ➡️
Kiedyś Wojtek Fibak organizował jakąś ważną imprezę w Paryżu czy w Londynie. Miały się na niej pojawić ważne osobistości, a mąż pojechał tam w jeansach, które miały przetarcia. Jego mama przeszyła mu tylne kieszenie w miejsca, gdzie były te dziury. Ja byłam zrozpaczona, że jak to tak można jechać w takich spodniach na taką imprezę. A na miejscu okazało się, że jest jednym z najlepiej i najnowocześniej ubranych ludzi — mówi nam Ewa Ambroziak. Wdowa po wybitnym siatkarzu i dziennikarzu opowiada o tym, jaki Zdzisław Ambroziak był prywatnie, z jakimi reakcjami spotykał się po swoich bezkompromisowych felietonach i zadaje kłam pewnym teoriom na temat przyczyny jego śmierci.
Ewa Ambroziak (wdowa po Zdzisławie Ambroziaku): Mogę powiedzieć, że był dla mnie drogowskazem.
Najbardziej doceniam to, że nauczył mnie rozmawiać. Uważam, że to niezwykle ważna cecha. Zwłaszcza obecnie, gdy ludzie mało ze sobą rozmawiają. Mało mówią o tym, co ich boli, a co ich cieszy.
Był człowiekiem, na którego można było liczyć. Czasami czegoś nie pamiętał, coś pomylił, ale jak przychodziło do rzeczy ważnych, to po prostu działał.
Kiedyś były urodziny jego starszej córki, ale Zdzisiek się pomylił i przywiózł prezent synowi. A jak tylko patrzyłam na niego złym wzrokiem, to od razu słyszałam: “O matko, nie mów, że dzisiaj są twoje urodziny”.
Ale jak działy się rzeczy ważne i trudne, to zawsze stał pierwszy na linii frontu. Mogli na niego liczyć wszyscy, których kochał, szanował i z którymi obcował. Jak mało kto potrafił stać za kimś mure m.
Zdzisiek był też szczery i prawdomówny. Mówił, że jakby kłamał, to musiałby notatki robić, żeby się nie pogubić. A tak sprawa jest prosta, bo mówi z głębi serca.
Był też uparty, ale dawał się przekonać, jak dochodził do wniosku, że nie miał racji. No, same dobre rzeczy (śmiech). A te gorsze zachowam dla siebie.
Są sytuacje, których dziennikarz chciałby uniknąć, tematy, przed którymi się broni, ponieważ jest przekonany, że zna je zbyt dobrze. Że jest emocjonalnie zaangażowany za mocno, by cokolwiek napisać. A potem okazuje się, że to wszystko na nic. Że sprawa, którą chciałby od siebie odepchnąć, nie daje spokoju, że tkwi w mózgu jak przekleństwo. Tak było ze mną, kiedy okazało się, że Hubert Jerzy Wagner po raz kolejny stracił pracę z powodu pijaństwa posuniętego do granicy samounicestwienia. (…)
To prawda, że człowiek nie wpada w alkoholizm z dnia na dzień. Gorzała była używana przez Jurka obficie od dawna. Miał w dodatku wyjątkowo mocną głowę, a wiadomo, że w naszej części Europy facet, który dobrze pije, otaczany jest podobną atencją jak ksiądz, który dobrze odprawia nabożeństwo. Co innego jednak raz po raz nawet mocno dać w szyję, co innego pozwalać się wciągać wódzie w otchłań.
Nie będę wymieniał wszystkich sytuacji kompromitujących i szans, które Jurek zaprzepaścił, bo był półprzytomny. Halucynacje pojawiały się jeszcze przed wyjazdem na kontrakt do Tunezji, który przecież dla takiej sławy jak Wagner był czymś w rodzaju sportowego zesłania. (…)
Jurek przez całe dekady był klasą dla siebie. Jego lodowata dyscyplina logiczna, jego konsekwencja i oryginalność w myśleniu i działaniu, a przede wszystkim dokładność, punktualność, wymagania wobec siebie i innych – wszystko to sprawiało, że nikt nie wytrzymał z nim porównania. Nie wierzę, nigdy nie uwierzę, że ten człowiek może na trwałe stać się bezwartościową ludzką galaretą nasiąkniętą alkoholem. (…)
Jurek, jesteś za dużym człowiekiem, żeby przegrać ten mecz – powiedziałem mu na do widzenia
Szczery był chyba aż do bólu. Do annałów przeszedł jego felieton “Jesteś za duży, żeby przegrać”, w którym zwrócił się publicznie do pogrążającego się w chorobie alkoholowej Huberta Jerzego Wagnera.
Dokładnie pamiętam, jak któregoś wieczora po prostu do mnie przyszedł i powiedział, że musimy porozmawiać, bo ma pewien problem. Że nie wie, jak ma się zachować, bo sprawa nie jest znowu taka prosta.
Z Wagnerem łączyła ich przyjaźń i wspólne przeżycia sportowe. Od pewnego czasu niektórzy siatkarze dzwonili do męża, żeby coś zrobił, bo sytuacja Huberta jest już dosyć niebezpieczna.
Zdzisiek miał jednak wątpliwości. “Wiesz, jak ja napiszę coś na ten temat, to wyleje się na mnie fala krytyki. Ale z drugiej strony może to jest jedyna szansa na to, żeby o tym głośno powiedzieć i żeby ten zainteresowany się wkurzył”.
I się wkurzył.
I to bardzo. Zresztą nie tylko on. Zdziśka krytykowało wiele osób. Natomiast Hubert się wkurzył i przestał pić. Może było jeszcze parę innych powodów, dla których wziął się za siebie, ale ten tekst na pewno wpłynął na jego morale.
Po kilku latach, na jakiejś imprezie sportowej, Hubert podszedł do męża i oficjalnie uścisnął mu rękę. Czasami za tę szczerość się płaci, ale ona po latach wypływa na wierzch jak oliwa. I ostatecznie ludzie pewnie to
Tak naprawdę to ja nie wiem.
Gdy wydawałam zbiór jego felietonów, zatytułowałam go “Swoje wiem i piszę”, bo Zdzisiek przelewał na papier właśnie to, co myślał. Nigdy nie jest tak, że ktoś, kto zostaje skrytykowany, nawet słusznie, wstanie i za to podziękuje. Ludzie różnie na to reagują.
Natomiast czy Zdzisiek był na tyle silny, że go to nie obchodziło? Myślę, że nie. Tyle że to jest taki, a nie inny zawód. Czasem trzeba zapłacić pewną cenę za to, co się mówi i pisze.
(…) Chodzi mi o hałas wywołany podpisaniem umowy telewizyjnej pomiędzy PZPN i Canal+, dającej tej stacji prawa transmisji całej piłkarskiej ligi polskiej. Hurtem i bez przetargu. Miałem i mam w tej sprawie swoje wątpliwości, biorące się wyłącznie stąd, że wiceprezes PZPN Zbigniew Boniek jest jednocześnie właścicielem firmy Go&Goal.
Firma ta obraca sportową przestrzenią medialną, eksploatuje prawa reklamowe, działa w tej branży. Wymieniona transakcja stulecia dotyczyła również klubów, do których prawa telewizyjne posiadał Go&Goal, czyli Boniek. Dlatego i tylko dlatego osoba wiceprezesa właściciela budzi wątpliwości
Ja nie twierdzę, że Zbigniew Boniek w wyniku tej transakcji natychmiast się wzbogacił. Nie twierdzę też, że transakcja została zawarta niezgodnie z prawem albo że ktoś kogoś okradł. Uważam tylko, że tego wszystkiego nie powinien załatwiać Boniek. Ze względów, przepraszam za wyrażenie, higienicznych i estetycznych.
Wie pan… Teraz będzie ciężko… Jak na stronie internetowej “Gazety Wyborczej” pojawiła się informacja o jego śmierci, to weszłam i zaczęłam czytać komentarze. Tak naprawdę nie wiem dlaczego. Na szczęście nie znalazłam ani jednego głosu krytyki.
