NFL
To naprawdę się tam wydarzyło!
Halina Mlynkova należy do grona artystek, których biografia zawodowa i prywatna od lat splata się z intensywnym zainteresowaniem mediów. Na scenie muzycznej zaistniała w latach 90., gdy dołączyła do zespołu Brathanki – formacji, która wniosła do polskiego mainstreamu charakterystyczne połączenie folku, rocka i popu. Grupa szybko zdobyła ogromną popularność, a utwory takie jak „Czerwone korale”, „Gdzie ten, który powie mi” czy „W kinie, w Lublinie – kochaj mnie” na trwałe zapisały się w zbiorowej pamięci słuchaczy. Dla Mlynkovej był to moment przełomowy – dał jej rozpoznawalność, ale też wyznaczył bardzo wysoką poprzeczkę na dalszej drodze artystycznej.
Po zakończeniu współpracy z Brathankami piosenkarka nie zniknęła z przestrzeni publicznej. Wręcz przeciwnie – konsekwentnie budowała solową karierę, poszukując własnego stylu i artystycznej tożsamości. Jej kolejne projekty potwierdzały, że nie jest jedynie „głosem zespołu”, lecz samodzielną artystką, zdolną utrzymać zainteresowanie publiczności również poza zespołowym kontekstem.
Równolegle jednak jej życie prywatne wielokrotnie stawało się tematem medialnych narracji, często znacznie bardziej burzliwych niż zawodowe sukcesy. W 2003 roku Halina Mlynkova poślubiła dziennikarza i prezentera Łukasza Nowickiego. Para uchodziła za jedną z najbardziej rozpoznawalnych w polskim show-biznesie, a ich związek przez lata budził duże emocje i sympatię odbiorców. Rok po ślubie na świat przyszedł ich syn Piotr. Mimo pozornej stabilizacji, małżeństwo nie przetrwało próby czasu i zakończyło się rozwodem w 2012 roku.
Kolejnym etapem w życiu artystki był związek z producentem muzycznym Leszkiem Wronką. Wraz z nim Mlynkova przeniosła się do Pragi, próbując poukładać życie na nowo – zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Ta historia również nie zakończyła się jednak szczęśliwie. W 2020 roku doszło do rozstania, po którym piosenkarka zdecydowała się na powrót do Polski razem z synem. Był to moment wymagający dużej odporności psychicznej i reorganizacji codzienności.
Obecnie jej partnerem jest muzyk Marcin Kindla. W 2021 roku para powitała na świecie syna Leo, otwierając kolejny rozdział w życiu artystki. Choć Mlynkova rzadko epatuje szczegółami swojej prywatności, z jej dotychczasowej historii wyłania się obraz osoby, której życie uczuciowe dalekie było od stabilności i spokoju. Doświadczenia te – pełne wzlotów i bolesnych zakończeń – pokazują, że za scenicznym sukcesem i medialnym uśmiechem często kryje się skomplikowana, niełatwa droga osobista.
Halina Mlynkova w rozmowie ze Światem Gwiazd zdecydowała się na wyjątkowo szczere wyznanie dotyczące jednego z najtrudniejszych okresów w swoim życiu. Artystka po raz pierwszy tak otwarcie opowiedziała o doświadczeniu funkcjonowania w relacji, którą dziś bez wahania nazywa toksyczną. Jak przyznała, dojście do momentu, w którym potrafiła nazwać to, co ją spotykało, i przyznać się do własnej krzywdy, było długim i bolesnym procesem. Walka o odzyskanie poczucia własnej wartości i sprawczości nie przyszła jej łatwo i zajęła znacznie więcej czasu, niż sama się spodziewała.
W wywiadzie piosenkarka zwróciła uwagę na mechanizmy, które sprawiają, że wyjście z destrukcyjnego związku bywa niezwykle trudne. Podkreślała, że takie relacje rzadko zaczynają się od otwartej przemocy – przeciwnie, stopniowo wciągają, osłabiając psychicznie i emocjonalnie osobę, która w nich tkwi.
„Toksyczny związek powoduje, że wpadasz w niego coraz bardziej. Wiara w siebie jest coraz mniejsza, a te wszystkie psychiczne petardy z każdej strony, które cię dopadają powodują, że już w ogóle w siebie nie wierzysz. Jeszcze jak masz na do widzenia przy zamykaniu drzwi: ‘Pamiętaj, że beze mnie jesteś nikim’” – wspominała.
Jej słowa pokazują, jak ogromną rolę w takich relacjach odgrywa przemoc psychiczna – systematyczne podważanie poczucia własnej wartości, izolowanie od otoczenia i budowanie przekonania, że bez drugiej osoby nie da się normalnie funkcjonować. Mlynkova nie ukrywała, że przez długi czas sama wierzyła w te komunikaty, co skutecznie odbierało jej odwagę do szukania pomocy.
Moment, w którym udało jej się wyrwać z krzywdzącej relacji, stał się dla niej punktem zwrotnym. Artystka podjęła decyzję, że nie będzie już milczeć – zarówno w imię własnego zdrowia, jak i z myślą o innych osobach, które mogą znajdować się w podobnej sytuacji. Od lat angażuje się w działania i kampanie społeczne przeciwko przemocy domowej, podkreślając znaczenie wsparcia i mówienia głośno o problemie.
„Zawsze mówię: ‘Otwierajcie się na ludzi’. Ponieważ dopiero po latach, kiedy miałam pierwszy raz odwagę się przyznać, że jestem uwikłana w coś takiego, koleżanki mi zaczęły pomagać” – zaznaczała.
Jak dodała, przełamanie wstydu i lęku przed oceną otoczenia okazało się kluczowe. Dopiero wtedy mogła realnie liczyć na pomoc i zrozumienie, które pomogły jej odbudować siebie krok po kroku.
W rozmowie ze Światem Gwiazd Halina Mlynkova ujawniła również, że toksyczny związek nie był jedynym dramatycznym doświadczeniem w jej życiu. Wspomniała o etapie, w którym padła ofiarą przemocy fizycznej. To właśnie jedno konkretne zdarzenie – jak przyznała – stało się momentem granicznym, po którym nie było już odwrotu i który uświadomił jej, że dalsze trwanie w takiej sytuacji oznaczałoby realne zagrożenie.
Jej świadectwo jest nie tylko osobistym wyznaniem, ale też ważnym głosem w debacie o przemocy – pokazuje, jak cienka bywa granica między emocjonalnym uwikłaniem a realnym niebezpieczeństwem oraz jak ogromnej odwagi wymaga powiedzenie „dość”.
Włamanie do domu Haliny Mlynkovej
Kilka lat temu Halina Mlynkova przeżyła wydarzenie, które na długo odcisnęło się na jej poczuciu bezpieczeństwa. Włamanie do domu artystki miało dramatyczny przebieg i – jak sama przyznaje – nie było dla niej całkowitym zaskoczeniem. Już wcześniej towarzyszyło jej niepokojące przeczucie, że może dojść do czegoś złego. To doświadczenie sprawiło, że przez długi czas żyła w napięciu i realnym lęku o własne życie.
Jak ujawniła w rozmowie na kanale YouTube RMF SHOW, sytuacja była znacznie poważniejsza, niż mogłoby się wydawać z perspektywy czasu. Artystka wróciła do domu nocą i zastała obraz, który trudno wymazać z pamięci.
„Przyjechałam w nocy i miałam wyłamane drzwi po prostu siekierą. Wiedziałam, że będzie włamanie, ponieważ mi ukradli tego dnia klucze. Chłopcy, taka ekipa. (…) Czyhali na mnie” – wyznała.
Te słowa pokazują skalę zagrożenia i atmosferę strachu, w jakiej przyszło jej funkcjonować. Choć zdarzenie nie zakończyło się ciężkimi obrażeniami fizycznymi, Mlynkova nie ma wątpliwości, że nie wolno go bagatelizować. Zwróciła uwagę na fakt, że przemoc i agresja nie zawsze muszą pozostawiać widoczne ślady, by były realnym zagrożeniem.
„Byłam, ale nie aż takiej, żeby było to związane z obdukcją. Takich sygnałów nie wolno bagatelizować, więc trzeba powiedzieć: ‘Tak, byłam ofiarą’. Natomiast nie wiązało się to z jakimiś takimi super fizycznymi ujmami.”
Dla artystki był to moment, który jasno uświadomił jej, gdzie przebiega granica bezpieczeństwa – i że jej przekroczenie musi oznaczać natychmiastową reakcję. Jak podkreśliła, wystarczyła jedna, konkretna sytuacja, by zakończyć bolesny i niebezpieczny etap życia.
„Przy pewnej sytuacji życiowej ostrzegałam. Powiedziałam, jeżeli raz się wydarzy taka sytuacja, to odchodzę tego samego dnia. Tak zrobiłam.”
Decyzja była szybka, stanowcza i – jak można wywnioskować z jej wypowiedzi – konieczna. Dziś Mlynkova mówi o tych doświadczeniach otwarcie, podkreślając, że rozpoznawanie sygnałów ostrzegawczych i reagowanie na nie bez zwłoki może być kluczowe. Jej historia to nie tylko osobiste świadectwo, ale także mocny głos w sprawie przemocy i zagrożeń, które często są lekceważone do momentu, gdy stają się realnym niebezpieczeństwem.
