NFL
Taki widok przy ołtarzu na pogrzebie Linde-Lubaszenki. Aż trudno na to patrzeć Czytaj więcej:
Dzisiaj żegnamy Edwarda Linde-Lubaszenkę. Choć dla niedzielnego widza był przede wszystkim ojcem Olafa Lubaszenki, to każdy, kto choć raz otarł się o teatr, wie, że to uproszczenie jest dla niego zwyczajnie krzywdzące. Odchodzi artysta, który nie musiał krzyczeć z okładek kolorowych pism, żeby go zauważono.
Urodzony w 1939 roku, wniósł do polskiego aktorstwa tę rzadką dziś, przedwojenną klasę. Przez dekady jego nazwisko kojarzyło się głównie z Wrocławiem. To tam, na deskach Teatru Polskiego, budował swoją legendę. Nie był typem gwiazdora uganiającego się za autografami. Wybierał ciszę, skupienie i rzemiosło, którego dziś próżno szukać u młodszych kolegów po fachu. Edward należał do starej szkoły – tej, w której aktor ma służyć tekstowi, a nie własnemu ego. W kinie i telewizji rzadko pchał się na pierwszy plan. A jednak, gdy już się pojawiał, kradł show samym spojrzeniem. Miał w sobie pewien rodzaj surowości pomieszanej z melancholią, co sprawiało, że nawet role drugoplanowe w jego wykonaniu zapadały w pamięć głębiej niż występy głównych bohaterów. Widzowie kojarzą go z dziesiątek produkcji, ale on sam najlepiej czuł się w mroku teatralnych kulis.
Właśnie teraz, gdy trwają uroczystości pogrzebowe, kończy się pewien ważny rozdział. Edward Linde-Lubaszenko zostawia po sobie pustkę, której nie wypełni żaden celebrycki blichtr. Pozostaje po nim dorobek godny mistrza i lekcja pokory, którą teraz – w dobie pogoni za lajkami – warto odrobić. Patrząc na jego drogę, widać wyraźnie: można być wielkim, pozostając skromnym człowiekiem. I tak właśnie go zapamiętamy – jako kogoś, kto kochał sztukę, a nie siebie w sztuce.
Nie żyje Edward Linde-Lubaszenko.
Dzisiaj, 24 lutego, Warszawa żegna Edwarda Linde-Lubaszenkę. To ten moment, w którym światła rampy ostatecznie gasną, a my – zamiast kolejnej recenzji – piszemy pożegnanie. Aktor spocznie w Alei Zasłużonych na Powązkach Wojskowych, co w zasadzie domyka pewną epokę w polskim kinie i teatrze.
Linde-Lubaszenko nie był typem gwiazdora z pierwszych stron gazet, który szukał poklasku. Miał w sobie coś z „dawnej szkoły” – elegancję połączoną z dystansem i tym specyficznym, ironicznym półuśmiechem. Widzowie kojarzą go głównie z ról twardzieli u Pasikowskiego czy komediowych kreacji w hitach syna, Olafa, takich jak „Chłopaki nie płaczą”. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwym domem Edwarda był Stary Teatr w Krakowie, gdzie przez dekady budował role, o których studenci aktorstwa uczą się do dziś. Co ciekawe, mimo 86 lat na karku, nie zamierzał zwalniać tempa. Jeszcze kilka miesięcy temu można było go zobaczyć w „Weselu” w Teatrze Narodowym. Dopiero w grudniu zeszłego roku oficjalnie ogłosił, że przechodzi na emeryturę. Los chciał, że ta emerytura trwała zaledwie chwilę. 8 lutego dotarła do nas wiadomość o jego śmierci, którą krótko i bez zbędnego patosu potwierdził jego syn.
Dziś, podczas uroczystości o charakterze państwowym, żegnamy nie tylko odtwórcę dziesiątek ról, ale przede wszystkim pedagoga i człowieka, który o tym zawodzie wiedział wszystko. Zostawia po sobie setki ról i setki wychowanych uczniów. Patrząc na tłumy, które zbierają się na Powązkach, widać wyraźnie, że polska kultura traci kogoś autentycznego. Kogoś, kto potrafił grać tak, jakby robił to od niechcenia, a i tak nie dało się od niego oderwać wzroku.
Przeczytaj także: https://news.swiatgwiazd.pl/uwielbiany-prezenter-odchodzi-z-tvn-wydal-przejmujace-oswiadczenie-kw-wkw-230226?mrfhud=true
Wystarczyło jedno zdanie Krzysztofa Bosaka. Beata Kempa nie pozostała dłużna
Czytaj dalej
Taką emeryturę z ZUS dostanie 60-latka po przepracowaniu 10 lat. Ta kwota to nie żart
Czytaj dalej
Wstrząsający widok przy samym ołtarzu
Samotna trumna przy ołtarzu, a w jej sąsiedztwie zaledwie jeden wieniec. Taki widok zastał syn Edwarda Linde-Lubaszenko, gdy wszedł na pogrzeb ojca. Aż trudno było powstrzymać łzy. Aktor został odznaczony medalami, które również znajdują się obok trumny. Z kolei żałobnicy zdecydowali się na pojedyncze róże w kolorze krwistej czerwieni. Co ciekawe, nie są to typowe żałobne kwiaty. Wychodzi zatem na to, że oznaczają one coś szczególnego dla samego zmarłego.
