NFL
Strasznie wieści!
Channing Tatum to facet, który na przekór wszystkim udowodnił, że posiadanie „kaloryfera” na brzuchu nie wyklucza posiadania sprawnego mózgu. W Hollywood startował z najgorszej możliwej pozycji – był po prostu za ładny. Etykieta modela, który próbuje coś wydukać przed kamerą, to zazwyczaj wyrok śmierci dla ambitnej kariery. Tatum miał być kolejnym sezonowym produktem, o którym świat zapomni szybciej, niż on zdąży zdjąć koszulkę.
Tymczasem on po prostu zaczął grać wszystkim na nosie. Zamiast obrażać się na łatkę przystojniaka, zrobił z niej swój największy atut. Przełomem wcale nie były filmy, w których prężył mięśnie, ale te, w których pozwolił sobie na bezlitosną autoironię. W 21 Jump Street pokazał, że potrafi się z siebie śmiać głośniej niż publiczność. To właśnie ten luz otworzył mu drzwi do współpracy z gigantami pokoju braci Coen czy Soderbergha. Największy majstersztyk wykręcił jednak przy Magic Mike’u. Większość aktorów starałaby się ukryć fakt, że kiedyś dorabiali jako tancerze erotyczni. Tatum zrobił odwrotnie – wyłożył własną kasę, opowiedział swoją historię i zmienił wstydliwy epizod z młodości w kurę znoszącą złote jajka. Stał się nie tylko gwiazdą, ale przede wszystkim skutecznym biznesmenem, który kontroluje własny wizerunek.
Dziś Tatum to już inna liga. Potrafi zagrać w mrocznym dramacie, gdzie jest niemal nie do poznania, by za chwilę znów bawić się konwencją w kinie akcji. Nie musi już nikomu udowadniać, że nie jest tylko „panem od tańczenia”. Wybrał drogę ryzykownych projektów i nieszablonowych ról, zachowując przy tym autentyczność, której brakuje wielu jego kolegom z branży. Okazało się, że chłopak z Alabamy miał w rękawie znacznie więcej asów, niż ktokolwiek przypuszczał na początku.
Channing Tatum fot. East News
Channing Tatuum w szpitalu
Channing Tatum to facet, który karierę zbudował na sprawności fizycznej. Od akrobacji w „Step Up” po widowiskowe układy w „Magic Mike” – jego ciało zawsze było jego głównym narzędziem pracy. Ale nawet najbardziej wysportowany organizm ma swoje granice, o czym aktor boleśnie przekonał się właśnie teraz. 45-letni gwiazdor wylądował na stole operacyjnym, a fani zamiast klaty naoliwionej w blasku jupiterów, zobaczyli go w szpitalnym fartuchu.
Kolejny dzień. Kolejne wyzwanie. Ta przeprawa będzie trudna. Ale nieważne. Zróbmy to – napisał Channing pod zdjęciem.
Cała sprawa wyszła na jaw we wtorek wieczorem, kiedy Tatum wrzucił na Instagram czarno-białą fotkę prosto z gabinetu. Nie było tam miejsca na hollywoodzki blichtr – tylko on, lekarz i przygotowania do zabiegu. Channing nie owijał w bawełnę i przyznał wprost, że „ta przeprawa będzie trudna”. To rzadki moment szczerości u kogoś, kto zazwyczaj uchodzi za niezniszczalnego twardziela. Na Stories dorzucił jeszcze zdjęcia rentgenowskie, które wyjaśniły skalę problemu. Diagnoza? Zwichnięcie stawu barkowo-obojczykowego. Na jednym ze zdjęć widać było nawet śrubę w ramieniu, co aktor skomentował z właściwym sobie, wisielczym humorem: „Rozwalony bark. Jupi”.
Skąd się wzięła ta kontuzja? Trop prowadzi do wielkich hitów Marvela. Już we wrześniu zeszłego roku Channing wspominał, że mocno poturbował się na planie filmu „Avengers: Doomsday”. Praca przy superprodukcjach o superbohaterach brzmi dumnie, ale w rzeczywistości to często miesiące morderczych treningów i niebezpiecznych scen kaskaderskich. Choć nie mamy stuprocentowej pewności, że to właśnie tamten uraz doprowadził go do obecnej operacji, wszystko składa się w jedną całość. Ciało aktora po prostu powiedziało „dość” po latach ekstremalnego wysiłku.
Czas na długą rekonbwalescencję
Patrząc na to z boku, można by pomyśleć: „to tylko ramię, wyleczy się”. Ale dla kogoś takiego jak Tatum, wykluczenie z aktywności fizycznej to zawodowy paraliż. On nie należy do aktorów, którzy tylko siedzą i ładnie wyglądają przed kamerą. Większość jego ról wymaga nienagannej formy i siły. Teraz czeka go długa i pewnie nudna rehabilitacja, która sprawdzi jego cierpliwość bardziej niż jakikolwiek plan zdjęciowy.
W całym tym zamieszaniu uderza jedno – Tatum nie próbuje robić z siebie ofiary, ale też nie udaje, że wszystko jest super. Pokazuje medyczną rzeczywistość bez filtrów, z tą nieszczęsną śrubą w kości włącznie. To taki sygnał dla fanów, że pod warstwą mięśni i sławy kryje się zwykły facet, który tak samo jak my musi czasem przejść przez bolesny serwis.
Pozostaje tylko trzymać kciuki, żeby lekarze wykonali swoją robotę tak dobrze, jak on wykonuje swoje taneczne solówki. Bo choć Marvel ma swoich Avengersów, to Hollywood potrzebuje Tatuma w pełnej sprawności. Szybki powrót do zdrowia po takiej kontuzji to nie jest sprint, to maraton, ale znając jego upór, pewnie za parę miesięcy znów zobaczymy go w jakiejś dynamicznej roli. Tymczasem niech odpoczywa – nawet Magic Mike ma prawo do zwolnienia lekarskiego.
