NFL
Rok Benković, sensacyjny mistrz skoków, po latach milczenia ujawnia powody swojego zniknięcia i zdradza, czym się teraz zajmuje.
Gdy 19-letni Rok Benković sprawił w 2005 r. jedną z największych sensacji w historii dyscypliny, nikt nie spodziewał się, że za 2,5 roku na dobre zniknie ze świata skoków narciarskich. Wycofał się zresztą nie tylko z profesjonalnego sportu, ale i życia publicznego. W zeszłym roku niespodziewanie zabrał głos. Opowiedział o przyczynach tej decyzji i zdradził, czym się obecnie zajmuje.
Rok Benković rozpoczął przygodę ze skokami narciarskimi stosunkowo późno, bo w wieku 11 lat, jednak w niczym mu to nie przeszkodziło. Kariera młodego talentu rozwijała się niemal modelowo. Już jako niespełna 15-latek zajął 5. miejsce podczas mistrzostw świata juniorów. Dwa lata później zawody tej rangi zakończyły się dla niego srebrem. Powoli przecierał sobie szlaki również w Pucharze Świata. W sezonie 2003/2004, w którym to w miarę regularnie startował już w gronie najlepszych skoczków, kilka razy udało mu się uplasować w czołowej dziesiątce.
Zima 2004/2005, podczas której Benković na zawsze zapisał się na kartach historii skoków narciarskich, nie do końca przebiegała po jego myśli. Miejsca na przełomie drugiej i trzeciej dziesiątki przeplatał z konkursami bez punktów albo nawet kwalifikacji. Dopiero podczas zawodów w Pragelato bezpośrednio poprzedzających mistrzostwa świata, zbliżył się do czołówki, zajmując 8. miejsce.
Jeśli któremuś ze Słoweńców chciano wówczas przypisywać jakiekolwiek szanse na ewentualny sukces, z pewnością nie był to Benković. Spośród zawodników tamtejszej kadry najlepiej spisywał się Jernej Damjan, który zresztą niewiele wcześniej został mistrzem kraju. Poprzeczka nie była jednak zawieszona zbyt wysoko. Wyniki słoweńskich skoczków były wówczas na tyle niesatysfakcjonujące, że podczas Turnieju Czterech Skoczni główny szkoleniowiec Matjaz Zupan omal nie stracił pracy.
To naprawdę był duży kryzys. Pozostawało nam tylko liczyć na to, że wszystko się ułoży. Zarówno trenerzy, jak i my skoczkowie wiedzieliśmy, że wykonujemy dobrą pracę i to w końcu musi zaprocentować. Mieliśmy nadzieję, że forma zdąży pojawić się przed końcem sezonu… — wspominał to później Benković.
Od początku treningów niespełna 19-letni skoczek plasował się w czołówce, ale z pewnością nikt nie upatrywał w nim kandydata do złota. Wśród faworytów do mistrzostwa wymieniano bardziej doświadczonych zawodników, jak choćby Janne Ahonen, Jakub Janda, Martin Hoellwarth czy Adam Małysz.
Szybko okazało się, że podczas konkursu na skoczni normalnej, karty będzie rozdawał wiatr. Dość powiedzieć, że po pierwszej serii Małysz plasował się dopiero w drugiej dziesiątce. Zawiedli również pozostali faworyci. Na dobre warunki trafił za to Benković, który znakomicie je wykorzystał. Wylądował na 101. metrze, co było jednocześnie nowym rekordem skoczni. Druga seria okazała się nieco bardziej sprawiedliwa. Najdłuższą odległość, bo 93,5 m uzyskał Małysz, ale w ostatecznym rozrachunku wystarczyło to tylko do 6. miejsca. Wielką presję udźwignął za to liderujący na półmetku 19-latek. Gdy wylądował, nie był pewien, czy 91 m wystarczy, ale już po chwili mógł unieść dłonie w geście triumfu i cieszyć się sukcesem razem z kolegami z drużyny.
