NFL
Przyjeżdżając do Polski, spakował ze sobą właściwie wszystko, co miał ➡️
Przyjeżdżając do Polski, spakował ze sobą właściwie wszystko, co miał. Na granicy rosyjskiej pokazał celnikowi oficjalne pismo z zaproszeniem na treningi w naszym kraju i rozpoczął swoją drogę w nowym miejscu z dala od rodziny, bliskich, ale przede wszystkim od ryzyka powołania do rosyjskiej armii. Władimir Siemirunnij, syn nauczycielki i informatyka, w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet wspomina swoje pierwsze chwile w Polsce.
Lecąc z rodzinnego Jekaterynburga do Kaliningradu, zabrał ze sobą właściwie wszystkie swoje rzeczy. Bagaże ważyły dobrze ponad 100 kg. Rower i trzy walizki po 30 kilogramów. Kiedy doleciał na miejsce, musiał jeszcze przemieścić się do autobusu jadącego do Warszawy. Z trudem wpakował do niego cały swój dobytek. Na dworcu autobusowym Warszawa Zachodnia czekali już na niego przedstawiciele Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego: prezes Rafał Tataruch i dyrektor sportowy Konrad Niedźwiedzki.
Busem jechałem chyba z 10 godzin. Gdy dojechałem na miejsce, Konrad razem z prezesem odebrali mnie z dworca i zawieźli mnie do Tomaszowa Mazowieckiego. Jechaliśmy półtorej godziny nocą. Pamiętam spokój, jaki mi wtedy towarzyszył. Tak, spokój to pierwsze uczucie, jakie przychodzi mi na myśl, gdy myślę o moich pierwszych chwilach w Polsce — opowiada Władimir Siemirunnij, wicemistrz olimpijski w biegu na 10 000 m.
Na początku swojego pobytu zamieszkał właśnie w Tomaszowie Mazowieckim, w słynnym już z opowieści miejscu — Bar Janosik, gdzie dostępne są także noclegi. — Po moim medalu powinni dostać kilka gwiazdek więcej — uśmiecha się 23-latek.
Tego spokoju nie miałby w kraju, w którym przyszedł na świat. Gdy Siemirunnij opuszczał Rosję, wojna w Ukrainie trwała już od kilkunastu miesięcy. Gdyby nie wyjechał, zostałby wcielony do rosyjskiej armii. Dlatego spore emocje towarzyszyły mu jeszcze przy przekraczaniu granicy, gdy pokazywał celnikowi oficjalne pismo z zaproszeniem na treningi do Polski. Od tamtego momentu minęły już blisko trzy lata.
Siemirunnij trafił do naszego kraju wypatrzony przez trenera Pawła Abratkiewicza, który jeszcze przed wybuchem wojny przez lata pracował z rosyjskimi sprinterkami. Młody panczenista brał także pod uwagę inne opcje i treningi w Holandii lub Kazachstanie, ale w Polsce otrzymał szansę na dalszy rozwój. W sprawę mocno zaangażował się Niedźwiedzki, który koordynował działania związane z pozyskaniem przez Siemirunnija polskiego obywatelstwa. To otrzymał w sierpniu ubiegłego roku. Młody panczenista nazywa Niedźwiedzkiego swoim polskim tatą, bo to od niego otrzymał wiele wsparcia.
Może to określenie trochę na wyrost, ale rzeczywiście mamy z Władimirem dobry kontakt i świetnie się rozumiemy. Cały proces domknięcia wszelkich formalności to jednak praca zespołowa, w której brało udział biuro PZŁS, Polski Komitet Olimpijski, jak również Ministerstwo Sportu i Turystyki. Oni pomagali bardzo mocno w kwestii dokumentów czy kontakcie z prawnikami. Podobnie, jeśli chodziło o kwestie bardziej praktyczne dotyczące sprzętu, mieszkania, treningów. Wykonaliśmy świetną pracę zespołową i finalnie prezydent podpisał dokumenty, a Władek otrzymał polski paszport. Międzynarodowa Unia Łyżwiarska po zmianie obywatelstwa musiała nałożyć także odpowiednią karencję na pewien okres startów, ale nie obejmowała ona już ubiegłorocznych mistrzostw świata w
Hamar, gdzie Władek sięgnął po dwa medale. W tym roku mógł już walczyć o swoje marzenia w igrzyskach — opowiada Niedźwiedzki.
