Connect with us

NFL

Oto rzeczywistość tegorocznej imprezy czterolecia, wyjątkowo niesprzyjającej kibicom, ceniącym sportową interdyscyplinarność. Przetestowaliśmy tę trasę na własnej skórze 😬 ➡

Published

on

Osiem godzin, pięć albo sześć przesiadek, a poza tym, jeśli chciałeś zdążyć na występ polskich snowboardzistów, musiałeś wyjechać dzień wcześniej. Tak wygląda podróż z Moeny (jednej z baz noclegowych w okolicach Predazzo) do Livigno — dwóch miasteczek-gospodarzy igrzysk. Oto rzeczywistość tegorocznej imprezy czterolecia, wyjątkowo niesprzyjającej kibicom, ceniącym sportową interdyscyplinarność. Przetestowaliśmy tę trasę na własnej skórze.

Tegoroczne igrzyska olimpijskie odbywają się w czterech klastrach: Mediolanie, Val di Fiemme, Cortinie i Valtellinie. Praca czy oglądanie zawodów w obrębie jednego z nich nie stanowi większego wyzwania, ale wystarczy, że chcesz przekroczyć jego granice i pojawiają się problemy.

już zwłaszcza gdy wybierzemy nieco bardziej odległe trasy, jak ta pomiędzy Moeną a Livigno. Oficjalna aplikacja transportowa nie bierze jej nawet pod uwagę. Obrazek z Googla też nie napawa optymizmem. Najkrótsza podróż? 7 godzin 40 minut. W tym pięć przesiadek. Powoli zaczynamy rozumieć, dlaczego organizatorzy nie zalecali podróży pomiędzy klastrami.

Padło na inną opcję
By zobaczyć w akcji naszych snowboardzistów, których zawody zaplanowano na niedzielę, musimy wyruszyć z Moeny dzień wcześniej, bo eliminacje ruszają już o 9. Wybraliśmy jednak nieco inną drogę niż te proponowane przez wyszukiwarkę. Pięć minut na zmianę transportu przy tak skomplikowanej trasie wydawało się dość ryzykowne.

Pierwszy etap podróży wyglądał następująco: Moena — Trydent — Werona — Mediolan — Tirano. Najpierw autobus, później już same pociągi. Najdłuższa przesiadka? 1,5 godziny, choć nieco wydłużona przez przerwę na obiad. Najkrótsza? 25 minut. Co zaskakujące, wszystko na czas, bez ani minuty spóźnienia. Jeden z pociągów dojechał nawet szybciej.

Miłe zaskoczenie
Niewyszukiwanie trasy nie było jedynym problemem oficjalnej aplikacji. Nie pojawiały się w niej wszystkie dostępne pociągi, a biletów przeznaczonych dla dziennikarzy nie udało się zabookować. Wolontariuszki w punkcie nie potrafiły znaleźć rozwiązania, ale okazało się, że to… żaden kłopot.

Choć początkowo podkreślano, że w przypadku akredytowanych uczestników igrzysk do podróży pociągami będą potrzebne wspomniane bilety, ostatecznie wystarczało pokazać akredytację. Żaden z konduktorów nie robił najmniejszego problemu.

Pierwszy etap podróży kończył się w Tirano, miejscowości oddalonej od Livigno 75 km. W samym kurorcie ceny noclegów za noc na kilka tygodni przed igrzyskami sięgały kilku tysięcy, więc była to jedyna słuszna opcja. Udało się dojechać akurat, by obejrzeć konkurs skoczkiń. Około 18.30, dziesięć godzin po rozpoczęciu podróży.

Kolejnego dnia poruszałam się już w obrębie jednego klastra — Valtellinie, więc skorzystałam z oficjalnego transportu, który działał bez zarzutu. 6.20 — start do Bormio, a następnie połączenie z Bormio już do Livigno. Udało się dotrzeć tuż przed eliminacjami o 8.40, dobę po wyruszeniu z Moeny.

Podsumowując: w podróży spędziłam 12 h 30 min, korzystając z sześciu różnych środków transportu. Niezbyt komfortowe rozwiązanie.

Jak widać, Włosi zaskakująco dobrze odnaleźli się w szczególnie wymagającej igrzyskowej rzeczywistości. Sama idea, która stała za rozdzieleniem imprezy czterolecia, czyli ograniczenie kosztów związanych z budową nowych obiektów, oczywiście jest jak najbardziej sensowna. Tylko że w praktyce odbiera igrzyskom ducha jedności, a kibicom, którzy śledzą imprezę na żywo, możliwości obejrzenia większej liczby dyscyplin. Przy tak rozsianym wydarzeniu trudno poczuć prawdziwą olimpijską atmosferę.

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Copyright © 2025 Myjoy247