NFL
Ojciec oskarżony o bycie nielegalnym imigrantem. I to przez kogo! Kolebka najlepszych europejskich cyrkowców. Biedak wplątany w przemyt haszyszu, a po odbyciu kary mieszkający na drzewie. A na deser: niespodziewane polskie wątki. Witajcie w rodzinnych stronach przodków Lamine’a Yamala ➡️
Ojciec oskarżony o przestępstwo. I to przez kogo. Kolebka najlepszych europejskich cyrkowców. Biedak wplątany w przemyt haszyszu, a po odbyciu kary mieszkający na drzewie. A na deser: niespodziewane polskie wątki. Witajcie w rodzinnych stronach przodków Lamine’a Yamala.
Na nieco zapyziały dworzec wtacza się autobus przewoźnika CTM. Od paru chwil mam z młodą gwiazdą Barcelony coś wspólnego. Odwiedziliśmy Larache tyle samo razy. Z tą różnicą, że to nie są rodzinne strony moich bezpośrednich przodków. I że niebawem o miejscowości, w której urodził się jego ojciec i babcia, dowiem się pewnie więcej niż on.
Jako pierwszy do bagażnika podchodzi jegomość po “50”. Otwiera klapę i zaczyna wyciągać cały ekwipunek. Tempem nie grzeszy, ale za to nie wykonuje zbędnych ruchów. Widać, że ma wprawę w wyciąganiu walizek, toreb czy plecaków. Żadnego z nich nie naraża na szwank.
Gdybyśmy byli po przeciwległej stronie Afryki Północnej, ręka po napiwek zostałaby wyciągnięta jeszcze zanim ostatni z bagaży opuściłby wnętrze autobusu. Jednak w Maroku, a przynajmniej w jego mniej turystycznych miejscowościach, o bakszysz się nie upominają. Dlatego człowiek obsługujący bagaże niechętnie przyjmuje symboliczną zapłatę. Robi to wyraźnie speszony.
Good morning!
Cisza.
— Buenos días!
W rogu pomieszczenia coś zaczyna się niemrawo ruszać.
— Bonjour!
Na prowizorycznej leżance materializuje się ludzkie ciało. Jej właściciel leniwie przeciera twarz i pyta, czym może służyć. Dość osobliwe pytanie, jak na fakt, że świadczy tylko jeden rodzaj usług, a w międzyczasie wyłożyłem swoją walizkę na ladę.
— 10 dirhamów — rzuca, jakby niższa kwota nie była w stanie przekonać go do opuszczenia ciepłego posłania.
Odliczam równowartość 4 zł, a obsługujący bagażownię nie ma wyboru. Podchodzi do kontuaru, prosi o paszport, po czym z pietyzmem wypisuje karteczkę z danymi osobowymi.
Całkiem możliwe, że więcej klientów już dzisiaj mieć nie będzie. Nic więc dziwnego, że tak przykłada się do swojej jedynej fuchy. A może po prostu chce kontemplować chwilę, gdy ma nade mną władzę. Bez potwierdzenia przecież nie odejdę.
— O 21 zamykam. Dokładnie o 21.
Taksówki na dworcu w Larache
Zanim jednak opuszczę dworzec, czeka mnie jeszcze jedna przeprawa. Co prawda szybko dogaduję się z kierowcą, który obwiezie mnie po mieście, ale on musi uzyskać jeszcze pozwolenie, żeby przyjąć ode mnie zamówienie.
Podchodzimy do kogoś w rodzaju kierownika postoju. Ten rozkłada wymiętoloną kartkę. Wynika z niej wprost, że przed Musą jest jeszcze kilkunastu innych taksówkarzy. Pada jednak koronny argument: francuskojęzyczny kierowca w żaden sposób mi się nie przyda. Mówiący tylko po arabsku — tym bardziej.
W końcu zasiadamy w wysłużonym aucie Musy. Od razu przeprasza mnie za jego stan. Potem uczyni to jeszcze wielokrotnie.
— Jeżdżę nim jako taksówkarz dopiero od dwóch tygodni. Wcześniej wypożyczałem je komu innemu — czuje się zobowiązany wytłumaczyć losy swojego, co tu dużo mówić, rzęcha.
Nie to, że nie mam za co kupić nowego samochodu. Wszystko rozbija się o przepisy. Regularnie chodzę do urzędu i proszę, żeby pozwolili mi je wyrejestrować. Wtedy będę mógł kupić nowe. Każą mi jednak czekać. Próbowałem ich przekonać, że na Puchar Narodów Afryki zjadą się kibice z innych krajów i wstyd będzie im pokazać takie auto, ale nic z tego. Może przed mundialem wydadzą mi pozwolenie…
