NFL
Nie ma wątpliwości!
Szymon Hołownia to ciekawy przypadek kogoś, kto udowodnił, że z telewizyjnego świecznika można spaść prosto na fotel Marszałka Sejmu. I to bez większego poobijania się po drodze. Większość z nas kojarzy go przecież z czasów, gdy obok Marcina Prokopa rzucał żartami w „Mam Talent!”. Wtedy mało kto przypuszczał, że ten błyskotliwy gość od rozrywki za parę lat będzie dyscyplinował posłów z sejmowej mównicy.
Jego przejście do polityki w 2019 roku wielu brało za kaprys celebryty. Tymczasem Hołownia podszedł do tematu z dużą determinacją. Choć wyborów prezydenckich nie wygrał, to nie zwinął żagli. Zamiast wrócić do pisania książek o religii czy prowadzenia programów, zbudował własną markę pod szyldem Polska 2050. Pokazał tym samym, że ma nosa do nastrojów społecznych i potrafi zagospodarować ludzi zmęczonych odwiecznym duopolami na Wiejskiej. Prawdziwe „pięć minut” (a raczej dwa lata) nadeszło w listopadzie 2023 roku. Objęcie funkcji Marszałka Sejmu uczyniło z niego postać numer jeden w mediach społecznościowych. Obrady pod jego batutą stały się hitem internetu, a on sam zyskał miano „Gigachada polskiej polityki”. Hołownia wniósł do Sejmu nową energię i cięty język, który – trzeba mu to oddać – rzadko bywał nudny.
Zgodnie z umową koalicyjną, po dwóch latach nadszedł czas na przekazanie pałeczki. Zastąpił go Włodzimierz Czarzasty, a Hołownia stanął przed kolejnym wyzwaniem. To klasyczny przykład politycznego długodystansowca, który wie, kiedy zrobić krok w tył, żeby za chwilę znów spróbować biec po najwyższe stawki. Czy to wystarczy, by na stałe zapisać się w historii, czy zostanie zapamiętany głównie jako „marszałek od YouTube’a”? Czas pokaże, ale na razie nikt nie może mu odmówić, że w polskiej polityce zdrowo namieszał.
Szymon Hołownia fot. KAPiF
nA CO CHORUJE sZYMON hOŁOWNIA?
Szymon Hołownia to postać, która o budowaniu wizerunku wie niemal wszystko. Tym razem jednak musiał zmierzyć się z narracją, której sam nie zaplanował. Poszło o tekst w „Rzeczpospolitej”, gdzie zasugerowano, że lider Polski 2050 zmaga się z depresją. Reakcja była szybka, krótka i – co tu dużo mówić – dość chłodna.
Hołownia uciął temat krótko: to nie depresja. Wyjaśnił, że owszem, zdrowie mu ostatnio nieco podupadło, ale przyczyna leży zupełnie gdzie indziej. Co go najbardziej zirytowało? Moment publikacji. Artykuł wyszedł dokładnie w Światowy Dzień Walki z Depresją, co polityk uznał za grubą przesadę i niepotrzebne granie emocjami. Trudno mu się dziwić – robienie z kogoś „twarzy” choroby bez jego wiedzy to stąpanie po bardzo cienkim lodzie. W tej całej sytuacji najciekawsze jest jednak podejście do prywatności. Hołownia postawił sprawę jasno: to on decyduje, co i kiedy mówi o swoim organizmie. Media przyzwyczaiły się, że politycy są „własnością publiczną”, ale tutaj trafiły na mur. Były marszałek przypomniał redaktorom podstawową zasadę – jeśli chcesz o kimś pisać diagnozy medyczne, wypadałoby najpierw z tą osobą porozmawiać.
Nie choruję na depresję, zmagam się z innymi wyzwaniami – podkreślił Szymon Hołownia.
Cała sprawa pokazuje, jak łatwo w dzisiejszych mediach o plotkę przebraną za troskę. Hołownia, zamiast brnąć w zawiłe tłumaczenia, postawił na konkret. Pokazał, że nawet będąc na świeczniku, można i trzeba wyznaczać granice. Depresja to poważny temat, a nie narzędzie do robienia zasięgów czy politycznych podszczypywań. Teraz piłka jest po stronie dziennikarzy, którzy dostali jasny sygnał: zdrowie to strefa prywatna, a nie darmowy kontent do wypełnienia kolumny.
Wyłącznym dysponentem informacji o swoim stanie zdrowia zawsze i bezwarunkowo powinien być sam chory. Gwarantuje mu to prawo, a także zwykła przyzwoitość – napisał.
Skandal przed premierą „Tańca z Gwiazdami”. Wyciekły szczegóły złamania zasad
Czytaj dalej
Te znaki zodiaku w ogóle się nie starzeją. Dla nich metryka nie istnieje
Czytaj dalej
Hołownia o swoim stanie zdrowia
Szymon Hołownia to polityk, który jak mało kto potrafi grać emocjami, ale ostatnio to on sam stał się obiektem dość bezpardonowej gry. Wszystko zaczęło się od tekstu w jednym z dzienników, w którym autor postanowił publicznie diagnozować marszałka Sejmu, sugerując mu poważne problemy zdrowotne.
Osoby chore mają z kolei prawo, by żyć. By próbować stawać na nogi. Pokonywać każdego dnia narzucane przez chorobę ograniczenia. Płacą za to wielką cenę. Nie potrzebują hałasu, tego by ktoś robił z nich exemplum wbrew ich woli, żeby karmił ich losem publiczność, by tak samemu zarobić na życie – zaznaczył.
Reakcja Hołowni była szybka i, trzeba przyznać, dość celna. Zamiast chować się za oficjalnymi komunikatami biura prasowego, polityk po prostu rozwiał wszelkie wątpliwości. Przyznał, że czuje się dobrze, a sugerowanie mu choroby było zwyczajnym nadużyciem. Najciekawszy w tym wszystkim był jednak jego komentarz dotyczący prywatności. Często wydaje nam się, że osoby na świeczniku to własność publiczna i mamy prawo zaglądać im nawet do karty pacjenta. Hołownia postawił tu jasną granicę: pełnienie funkcji publicznej nie oznacza obowiązku spowiadania się z intymnych szczegółów życia czy zdrowia. Cała historia ma jednak rzadko spotykany w polskiej debacie finał. Zazwyczaj po publikacji fake newsa lub zbyt odważnej tezy redakcje idą w zaparte. Tutaj stało się inaczej. Redaktor naczelny dziennika wystosował oficjalne przeprosiny, co właściwie zamyka temat i ucina dalsze spekulacje.
Jestem na dobrej drodze, leki działają, odzyskuję siły. Chcę wierzyć, że zamiast zdzierać ze mnie bandaże i pokazywać je tłumom, będziesz odtąd raczej tymi samymi rękami trzymał za mnie kciuki – zaapelował.
Czego nas to uczy? Przede wszystkim tego, że w pogoni za sensacją łatwo przekroczyć barierę przyzwoitości. Nawet jeśli kogoś nie lubimy, diagnozowanie kogoś przez gazetę to ślepa uliczka. Hołownia wyszedł z tego z twarzą, a media dostały pstryczek w nos. Okazuje się, że można krótko i konkretnie uciąć plotki, nie dając się wciągnąć w medialne błoto. Czasem zamiast snuć teorie spiskowe, wystarczy zapytać u źródła lub po prostu zająć się polityką, a nie medycyną.
