NFL
Jego nazwisko pojawiło się w aktach Epsteina 👀 Więcej ➡️
To był wyjazd na miesiąc, bo trzeba było tam lecieć na początku grudnia. A dzisiaj? Dzisiaj to jest eldorado! Czy Iga Świątek, czy Hubert Hurkacz na nic nie mogą w tych czasach narzekać — mówi o Australian Open Wojciech Fibak. Jeden z najlepszych polskich tenisistów wspomina swój jedyny występ w Australii, gdzie zgarnął tytuł w deblu. Fibaka pytamy również o ostatnie głośne zamieszanie związane z ujawnionymi aktami Epsteina, w których pojawiło się jego nazwisko.
Ujawnione konwersacje pomiędzy nim a Amerykaninem pochodzącą z września 2013 r. Epstein informował w nich o swojej wizycie w Paryżu i pytał o obecność polskiego tenisisty w mieście.
Więcej mówi w rozmowie z Faktem. — To nie była postać anonimowa w Nowym Jorku. Byliśmy sąsiadami. Widywaliśmy się w restauracjach, na wernisażach i mieliśmy wielu wspólnych znajomych. (…) Nie byłem jego kolegą ani przyjacielem — zaznacza Fibak.
— On wiedział, że jestem kolekcjonerem sztuki. Ten mail, który wymieniliśmy między sobą, pojawił się właśnie w tym kontekście. Ja zbierałem obrazy Warhola i Basquiata, a on także był kolekcjonerem i przy tym osobą bardzo oczytaną — dodaje.
Australian Open 2026 okazał się rozczarowującym turniejem dla polskich tenisistów. Rozstawiona z numerem drugim Iga Świątek przegrała z Jeleną Rybakina w ćwierćfinale. Z kolei polska nadzieja w rywalizacji mężczyzn, czyli Hubert Hurkacz, przegrał już w drugiej rundzie. Tych wyników nie rozumie Wojciech Fibak, który wspomina 1978 r. i swój występ w Australii. Wówczas nie był to tak prestiżowy turniej.
— Za moich czasów to był turniej egzotyczny. Dotąd żałuję, że tylko raz wystąpiłem w Australii. Zdobyłem tytuł w deblu i byłem w najlepszej “16” w singlu, ale już tam więcej nie wróciłem. Dlaczego? Dlatego, że z punktu widzenia Europejczyka, ale też Amerykanów, bo wtedy już mieszkałem w Stanach, to był bardzo trudny turniej. Wiatr wszystko pustoszył, do tego te nierówne trawiaste korty — to była egzotyka — wspomina Fibak.
Do tego, to było chyba najgorsze, to był ostatni turniej w roku. Nie był pierwszy, jak ma to miejsce teraz. Kończył się 31 grudnia. Trzeba było zarwać święta i Nowy Rok. To były inne czasy — na miejscu trzeba było być już dwa tygodnie wcześniej, żeby móc się zaaklimatyzować. Przez to wszystko wówczas te największe europejskie nazwiska prawie nie występowały w Australii. To był wyjazd na miesiąc, bo trzeba było tam lecieć na początku grudnia. Więcej o tym jest w mojej nowej biografii “Gem, set, życie” — dodaje.
A dzisiaj? Dzisiaj to jest eldorado! Ten turniej upodobnił się do US Open pod względem nawierzchni i organizacji. Nie można na nic narzekać. Federer nazwał go “happy slam” — jest początek sezonu, wszyscy się uśmiechają — twierdzi.
73-letnia ikona polskiego tenisa zauważa również, że dziś tenisiści mogą liczyć w Australii na najlepsze warunki. Ułatwiona jest również logistyka.
— Iga Świątek czy Hubert Hurkacz na nic nie mogą w tych czasach narzekać. Zmieniła się też komunikacja. Dziś te loty trwają 20 godzin, a wtedy to było minimum 30 czy 40 godzin. Tych przesiadek było więcej, te połączenia były bardziej skomplikowane. Wtedy nie było Dubaju czy Abu Dhabi, które dziś są centralnymi portami przesiadkowymi. Też te samoloty nie miały takich osiągów — musiały częściej tankować, przez co tych przesiadek było więcej — wspomina.
