Connect with us

NFL

“Coś, z czym zetknęliśmy się po raz pierwszy” 😶 Więcej ➡️

Published

on

TOPR rzadko opowiada o emocjach, ale w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet padają słowa, które wywracają romantyczny obraz tej trudnej służby: najdotkliwiej pamięta się te akcje, które kończyły się śmiercią. Naczelnik Jan Krzysztof i ratownik Grzegorz Kubicki mówią o dramatycznych wydarzeniach, które pozostały z nimi na całe życie, o zimowych i nocnych działaniach na ostrzu noża oraz o tym, dlaczego czasem lepiej jest po prostu… poczekać

Najtrudniejsze dla Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego nie są akcje “medialne”, lecz te prowadzone nocą, zimą i w skrajnych warunkach — często bez kamer, za to z realnym ryzykiem śmierci lub poważnych uszkodzeń ciała. Ratownicy pamiętają przede wszystkim tragedie, także te, w których ginęli ich koledzy: katastrofę śmigłowca, lawiny, długie i bezsilne poszukiwania.

Jak podkreślają, dziś życie ratownika jest wartością równorzędną z życiem poszkodowanego, dlatego każda akcja poprzedzona jest analizą ryzyka, a czasem nawet decyzją o wstrzymaniu działań. Wbrew obiegowym opiniom większość wypadków nie wynika z brawury turystów, lecz z klasycznych górskich zdarzeń.

W pracy TOPR coraz większą rolę odgrywa technologia: drony, łączność i “pakiety przetrwania”. To służba oparta na pracy zespołu i współdziałaniu ponad granicami m.in. ze Słowakami. Nasi rozmówcy mówią wprost: ratownikiem jest się zawsze, nie tylko w godzinach dyżuru.

***

To druga część rozmowy z przedstawicielami TOPR. W pierwszej naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego Jan Krzysztof oraz ratownik Grzegorz Kubicki opowiedzieli o zarobkach, konieczności dorabiania, remoncie i funkcjonowaniu niezbędnego w ich pracy śmigłowca, nowej siedzibie oraz technologiach, które pomagają im w ratowaniu ludzkiego życia.

***

Kiedy pytamy ratowników o akcje, które zostają w głowie na lata, szybko okazuje się, że najtrudniejsze nie zawsze są te najbardziej “medialne”. Z perspektywy TOPR pamięta się przede wszystkim działania wymagające maksymalnej koncentracji i odporności, często prowadzone w warunkach, których z zewnątrz nie widać: nocą, zimą, przy fatalnej pogodzie.

Jest tego trochę, bo każdy z nas w ciągu roku wykonuje wiele wyjść w góry. Najbardziej zostają w głowie te najtrudniejsze, wykonywane nocą czy zimą, choć wcale nie muszą być spektakularne na zewnątrz. Mniej się o nich mówi, bo ludzie po prostu nie wiedzą, co jest dla nas prawdziwą trudnością — przyznaje Kubicki.

Wyprawą, która na każdym z moich kolegów zrobiła ogromne wrażenie, był wypadek po uderzeniu pioruna na Giewoncie sprzed kilku lat. To było coś, z czym zetknęliśmy się po raz pierwszy, bo nagle mieliśmy do czynienia z wieloma poszkodowanymi naraz. Finalnie było ich ponad stu trzydziestu i wszystkim trzeba było udzielić pomocy — przypomina i dodaje, że w pamięci ratowników mocno zapisała się także akcja w Jaskini Wielkiej Śnieżnej, gdzie do uwięzionych ratowników próbowano dotrzeć przez miesiąc.

Nasz rozmówca nie ukrywa, że zimą co roku trafiają się wyjścia naprawdę ryzykowne. — To nie jest tylko górnolotne powiedzenie, że praca ratownika górskiego jest trudna i wiąże się z ryzykiem. Czujemy się w tym terenie dobrze, często bardzo dobrze funkcjonujemy tam, gdzie inni mają problem, ale gdy idzie się po kogoś zimą, w nocy, przy zerowej widzialności, opadach śniegu i zagrożeniu lawinowym, to zaczynają dochodzić czynniki, na które nasze doświadczenie i chęci pomocy już nie do końca mają wpływ — przekonuje.

Bywają sytuacje na granicy, których nawet nigdzie nie odnotowujemy. Dopiero później, po fakcie, człowiek układa je sobie w głowie i dochodzi do wniosku, że działaliśmy naprawdę na ostrzu noża. Na szczęście od wielu lat nie mieliśmy wypadku wśród ratowników i miejmy nadzieję, że tak zostanie — podsumowuje.

Z perspektywy naczelnika TOPR w pamięci najmocniej zostają zdarzenia związane ze śmiercią ratowników. — My zawsze odwołujemy się do tego, co już było. Każda kolejna akcja nakłada się na tę poprzednią. Z mojej perspektywy najbardziej pamięta się te akcje, które kończyły się tragedią ratowników — zaznacza.

Jedną z nich jest katastrofa śmigłowca w 1994 r., w której brałem udział bezpośrednio na miejscu, kierując działaniami w pierwszym etapie. Życie straciło wtedy dwóch kolegów–ratowników i dwóch pilotów. Podobnie wyprawa pod Szpiglasową Przełęcz, gdzie w trakcie podejścia dwóch ratowników zginęło w lawinie. Wtedy bezpośrednio kierowałem akcją w terenie — przypomina Jan Krzysztof.

Wśród największych tragedii z ostatnich dekad naczelnik przywołuje także lawinę pod Rysami. — O ile pamiętam, zginęło osiem osób: opiekun i siedmioro uczniów z liceum w Tychach. To była dramatyczna sytuacja: działania ratowniczo-poszukiwawcze, a potem przez kilka miesięcy już tylko poszukiwanie ciał — ujawnia.

Krzysztof, podobnie jak Kubicki, wraca również do masowego porażenia piorunem na Giewoncie oraz akcji w Jaskini Wielka Śnieżna. — Ponad 130 osób wymagało pomocy, cztery z nich, w tym dwoje dzieci, zginęły. Ja sam nie byłem wtedy na miejscu, koordynowałem działania z dołu, ale to też było ogromne wyzwanie — ocenia naczelnik. — Równocześnie prowadziliśmy trwającą około miesiąca akcję dotarcia najpierw do dwóch speleologów uwięzionych w jaskini, początkowo z nadzieją na ich uratowanie, a później już, niestety, wyłącznie w celu odnalezienia ciał — podkreśla.

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Copyright © 2025 Myjoy247