NFL
A jednak!
Kiedyś jesień życia kojarzyła się głównie z cerowaniem skarpet i kolejką po leki. Potem do telewizji wjechał autobus z seniorami i nagle okazało się, że polscy emeryci mają ochotę na coś więcej niż tylko herbatę przed telewizorem. Fenomen „Sanatorium miłości” to nie tylko sprawny montaż i ładne widoki z Ustronia. To przede wszystkim dowód na to, że emocje nie mają daty ważności. W świecie zdominowanym przez idealnych dwudziestolatków, kuracjusze, nad którymi czuwa Marta Manowska, są jak powiew świeżego powietrza. Tu nikt nie udaje, że nie ma zmarszczek. Zamiast o filtrach na Instagramie, rozmawia się o przeżytym życiu, stratach i samotności, która w pewnym wieku zaczyna po prostu uwierać. Widzowie pokochali ten format, bo jest w nim coś rozbrajająco prawdziwego. Zamiast plastikowych romansów, dostajemy autentyczny bagaż doświadczeń i odwagę, by po sześćdziesiątce przyznać przed całą Polską: „szukam kogoś, do kogo mógłbym się przytulić”.
Program skutecznie rozbił stereotyp „babci i dziadka”. Okazało się, że seniorzy potrafią latać paralotnią i bawić się na dancingu do rana. To zjawisko wpisuje się w szerszy trend, gdzie osoby starsze to dziś aktywna grupa, która chce podróżować i dbać o siebie. Oczywiście, jak to w telewizji, bywa cukierkowo. Nie każda randka kończy się ślubem, a internetowe fora huczą od plotek o tym, co u kogo słychać po programie. Jednak siła tego formatu leży gdzie indziej – „Sanatorium miłości” dało starszemu pokoleniu głos, którego wcześniej w mediach praktycznie nie mieli. Dlaczego to oglądamy? Odpowiedź jest prosta: bo każdy z nas boi się samotności. Patrząc na ludzi, którzy mimo siedemdziesiątki na karku stresują się pierwszą randką, czujemy ulgę. To sygnał, że życie nie kończy się na emeryturze, a na miłość – nawet tę trochę nieporadną, sanatoryjną – nigdy nie jest za późno.
Grażynka Nowicka o swojej miłości
Miłosne perypetie kuracjuszy z ekranu zawsze budzą emocje, ale historia, którą zafundowała nam Grażyna Nowicka z 7. edycji “Sanatorium miłości”, to gotowy scenariusz na krótki, gorzki film o wielkich nadziejach. Jeszcze niedawno seniorka promieniała, opowiadając o swoim nowym partnerze, Kazimierzu z Lublina. Dziś po wielkim uczuciu zostały tylko wspomnienia i twarde lądowanie w rzeczywistości. Wszystko zaczęło się jak w bajce. Kazimierz, zafascynowany tym, co zobaczył w telewizji, zdobył numer do Grażyny i zaczął dzwonić.
Od kwietnia byliśmy w stałym kontakcie. Dużo rozmawialiśmy, właściwie cały czas przez telefon — opowiadał Kazimierz w ub. r. w rozmowie z “Super Expressem”
Godzinne rozmowy telefoniczne zbudowały obraz idealnej relacji, w którą oboje uwierzyli bez mrugnięcia okiem. Gdy tylko kuracjuszka wróciła do Polski, sprawy potoczyły się błyskawicznie.
Wokół było wielu ludzi, wielu mężczyzn się odzywało, ale ja mówiłam: dziękuję. Wiedziałam, że to właśnie Kazimierz jest tym jednym — mówiła seniorka.
Jedna wizyta w Lublinie wystarczyła, by Grażyna przyjęła zaręczyny już następnego dnia. Wtedy wydawało się, że to strzał w dziesiątkę – jeszcze w październiku seniorka zapewniała w tabloidach, że jej życie jest harmonijne i w końcu odnalazła spokój.
Nasze życie toczy się spokojnie. Dzień zaczyna się kawą, śniadaniem i uśmiechem. Nie ma między nami kryzysów — mówiła.
Niestety, czar prysnął szybciej, niż się pojawił. Grażyna Nowicka spakowała walizki i wróciła do swojego domu w Krzczonowicach. Zamiast planowania ślubu, mamy dziś opowieść o rozczarowaniu. Okazało się, że wspólna codzienność to coś więcej niż miłe telefony. Seniorka otwarcie przyznaje, że rzeczywistość zweryfikowała ich plany, a życie pod jednym dachem ujawniło problemy, o których wcześniej nie mieli pojęcia.
