NFL
Posypały się komentarze
Niedziela przyniosła wiadomość, której wielu podświadomie się spodziewało, ale na którą nikt nie był gotowy. Zmarł Edward Linde-Lubaszenko, postać absolutnie fundamentalna dla polskiego teatru i kina. Informację o jego śmierci przekazała rodzina, domykając tym samym pewien niezwykle ważny rozdział w historii krakowskiej kultury. Miał 86 lat i dorobek, którym można by obdzielić kilka aktorskich życiorysów.
Linde-Lubaszenko nie był po prostu aktorem – on był instytucją. Od 1973 roku jego nazwisko nierozerwalnie łączyło się z krakowskim Starym Teatrem. To tam stworzył kreacje, które przeszły do legendy, ale masowa publiczność kochała go przede wszystkim za role filmowe. Miał ich na koncie ponad 70, do tego dochodziło ponad sto ról teatralnych i dziesiątki występów w Teatrze Telewizji. Był mistrzem drugiego planu, potrafił jedną sceną, jednym spojrzeniem czy swoim charakterystycznym głosem ukraść cały film. Co ciekawe, artysta zdążył się z nami pożegnać na własnych warunkach. Całkiem niedawno, bo 14 grudnia 2025 roku, zasiadł na kanapie w programie „Dzień Dobry TVN” i z właściwą sobie klasą ogłosił zakończenie kariery. Nie było w tym wielkiej pompy, tylko chłodna ocena własnych sił i poczucie spełnienia. Wybrał moment, w którym chciał zejść ze sceny, zanim zrobiłby to za niego los.
Odszedł pedagog, mentor i człowiek o niezwykłej inteligencji. Dla wielu pozostanie przede wszystkim ekranowym ojcem, dla innych genialnym interpretatorem klasyki. Bez względu na to, czy pamiętamy go z „Psów”, czy z deskich krakowskich scen, jedno jest pewne: polska kultura straciła jeden ze swoich najmocniejszych filarów. Edward Linde-Lubaszenko zostawił po sobie pustkę, której nie da się wypełnić żadnym castingiem.
Ostatnie miesiące kariery
Śmierć aktora, o której poinformowała Polska Agencja Prasowa, to ten moment, w którym człowiek odruchowo sprawdza datę urodzenia i nie może uwierzyć. Choć przyczyna zgonu nie została jeszcze podana, trudno nie myśleć o tym odejściu w kontekście jego podejścia do życia. Jeszcze niedawno, świętując 84. urodziny, przekonywał wszystkich, że starość to tylko kolejny etap, a nie wyrok czy ograniczenie.
To nie był typ gwiazdy, która narzeka na upływający czas. Wręcz przeciwnie – biła od niego energia, której mogliby pozazdrościć trzydziestolatkowie. Miał swoje żelazne zasady. Każdy dzień zaczynał od porannej gimnastyki, traktując to jako prosty, niemal mechaniczny nawyk, który pozwalał mu trzymać fason. Zresztą w wywiadach często powtarzał, że czuje się w świetnej formie i nie zamierza zwalniać tempa. Jednak to nie same ćwiczenia fizyczne były jego receptą na długowieczność. Kluczem wydawał się ogromny dystans do siebie i poczucie humoru, które pozwalało mu patrzeć na świat bez zbędnej spiny. Nie filozofował przesadnie o zdrowiu, po prostu o nie dbał, wierząc, że higiena psychiczna jest równie ważna co kondycja. Planował przyszłość, nie rozpamiętywał tego, co było, i do końca zachował tę specyficzną iskrę w oku.
Patrząc na jego sylwetkę, można było odnieść wrażenie, że faktycznie oszukał czas. Pokazywał, że da się przeżyć jesień życia sensownie i na własnych zasadach, bez rezygnowania z aktywności. Jego odejście to koniec pewnej ery, ale zostawia po sobie bardzo prostą lekcję: warto się ruszać, warto się śmiać i warto do samego końca mieć jakiś plan na jutro. Dbałość o ciało i ducha w jego wydaniu nie była modą, ale sposobem na to, by do ostatnich dni pozostać po prostu sobą.
Gwiazdy żegnają Edwarda Linde-Lubaszenko
Śmierć Edwarda Linde-Lubaszenki to koniec pewnej epoki w polskim teatrze, choć on sam pewnie żachnąłby się na tak wielkie słowa. Przez lata był kojarzony nie tylko z wielkimi rolami, ale przede wszystkim z krakowską szkołą teatralną. Jako profesor i dziekan PWST w Krakowie, ukształtował całe pokolenia aktorów, którzy dziś trzęsą polską sceną i ekranem. Miał specyficzny styl bycia – dystans, inteligencję i ten rodzaj charyzmy, którego nie da się wyuczyć na żadnym kursie.
Dla wielu studentów był kimś więcej niż tylko wykładowcą. Zajęcia z nim do dziś wspomina chociażby Barbara Kurdej-Szatan, która jest jedną z wielu jego wychowanek. Lubaszenko nie tylko uczył rzemiosła, ale też po prostu zarażał miłością do zawodu, który sam traktował z ogromnym szacunkiem. Nie był typem celebryty, a raczej rzemieślnika najwyższej próby, dla którego liczył się konkret i prawda na scenie. Kiedy informacja o jego odejściu pojawiła się w sieci, media społecznościowe zalała fala wspomnień. Pod pożegnalnym wpisem jego syna, Olafa, pojawiły się kondolencje od najważniejszych nazwisk w branży. Wyrazy współczucia złożyli m.in. Jan Lubomirski-Lanckoroński, Ewa Gawryluk oraz Borys Szyc i Andrzej Zieliński. To pokazuje, jak szerokie kręgi zataczał jego wpływ – od arystokracji, przez gwiazdy kina, aż po kolegów po fachu, z którymi przez dekady dzielił garderobę.
Linde-Lubaszenko zostawia po sobie pustkę, której nie wypełni żaden serialowy casting. Był jedną z tych postaci, które budowały autorytet krakowskiej uczelni i sprawiały, że bycie aktorem znaczyło coś więcej niż tylko rozpoznawalność. Dziś, zamiast szukać sensacji, warto po prostu przypomnieć sobie jego role i to, jak wielu młodych ludzi pchnął w stronę sztuki. To jego najtrwalszy pomnik, znacznie ważniejszy niż branżowe nagrody czy dyplomy.
