NFL
Widzew Łódź przeżywa trudne chwile po porażce z GKS-em Katowice. Decyzje trenera Jovicevicia wywołały kontrowersje i frustrację kibiców.
Na sekundy przed końcem dogrywki mogli wyszarpać awans do półfinału Pucharu Polski, a tak tegoroczny sezon już mogą spisać na straty. A kilka decyzji brutalnie obciąża bezpośrednio konto Igora Jovicevicia. Pożar coraz mocniej trawi zespół Widzewa Łódź, a porażka z GKS-em Katowice przelała tylko czarę goryczy. Nie wytrzymują też kibice, którzy jeszcze w pierwszej połowie meczu na Nowej Bukowej dali wyraz swojej frustracji.
Widzew Łódź powoli staje nad przepaścią w PKO Bank Polski Ekstraklasie, a wtorkowe ćwierćfinałowe starcie Pucharu Polski z GKS-em Katowice uchodziło w kuluarach za mecz ostatniej szansy dla Igora Jovicevicia. Pomimo rekordowych środków wydanych na transfery w zimowym okienku chorwackiemu trenerowi coraz mocniej pali się grunt pod nogami, a odpadnięcie z krajowego pucharu mogło być tylko gwoździem do trumny.
Łodzianie zdawali sobie sprawę z rangi spotkania i od początku meczu na Nowej Bukowej ruszyli do ataku. W pierwszych kilkunastu minutach to Widzew dyktował warunki, a golkiper katowickiego zespołu Rafał Strączek trzykrotnie zmuszony był do interwencji. Ale w 28. minucie znów przypomniały się stare grzechy Widzewa. Po zagraniu z głębi pola zupełnie niepilnowany przed bramką znalazł się Lukas Klemenz i wyprowadził gospodarzy na prowadzenie.
Cztery minuty później zaiskrzyło po raz pierwszy na murawie. Do gardeł skoczyli sobie strzelec bramki Klemenz i Sebastian Bergier, który jeszcze kilka miesięcy temu był najlepszym strzelcem GKS-u po powrocie do elity. Ale po transferze do Łodzi popadł w niełaskę kibiców na Nowej Bukowej. Wcześniej snajper Widzewa starł się natomiast z Arkadiuszem Jędrychem.
od pierwszej minuty gorąco było za to na trybunach. Kibice obu zwaśnionych stron nie szczędzili sobie “serdeczności”, ale już w 39. minucie z sektora szczelnie wypełnionego przez fanów Widzewa i Ruchu Chorzów poleciało gromkie “ku*** mać, Widzew grać!”.
A na przerwę goście mogli schodzić nawet z dwubramkowym deficytem. W samej końcówce znakomitą okazję zmarnował bowiem Ilja Szkuryn, który z kilku metrów nie zdołał pokonać Bartłomieja Drągowskiego. Sami zawodnicy GKS-u padli na murawę i nie mogli uwierzyć, że w tej sytuacji futbolówka nie znalazła drogi do bramki. Drągowski utrzymał w tym momencie Widzew przy życiu
